Moja historia – czyli o diagnozie ADHD

Nie tylko silna wolna

Przyjmuje się dość powszechnie, że niepowodzenia i słabości są wypadkową naszego niezaangażowania, lenistwa oraz braków w dyscyplinie i wychowaniu. Czy jednak naprawdę wszystko zależy od nas samych?

Wyobraź sobie, że jesteś młodzieżą. Mało kto na poważnie przejmuje się problemami w szkole, a winę za niepowodzenia zrzuca się na lenistwo albo brak dyscypliny. Zakłada się przy tym, że ów lenistwo jest kwestią *wyboru*. Po prostu w pewnym momencie należy podjąć *decyzję* i stać się dobrym uczniem, wzorowym synem oraz przykładnym studentem (a później obywatelem).

Zdrowie psychiczne jest jakby nieistniejące. Wymyka się kategorii „zdrowie” w ogóle.

Niestety, nie zawsze wszystko zależy od nas samych. Bywa też tak, że to, co chcemy kontrolować, kontroluje nasz system kontroli.

Oto właśnie świat ADHD.

Moja droga

Początki były wzorowe. Choć sprawiałem trochę kłopotów wychowawczych, złego słowa trudno było o mnie powiedzieć. Co prawda mój dziadek nazywał mnie szatanem (byłem wtedy nieochrzczony), a w pierwsze dwa lata szkoły podstawowej wychowawczyni wypisała dwa 16-kartkowe zeszyty uwag, ale byłem na tyle zdolny, że wszystko uchodziło mi płazem.

<dygresja>

Nawet gdyby nie uchodziło, to w latach ’90 spacery do psychologa były stygmatyzującym tematem tabu. Dzisiaj wycieczki do psychoterapeuty nikogo nie dziwią. Stały się wręcz modnym elementem dojrzewania, swoistym rytuałem wejścia w dorosłość.

</dygresja>

Gdy w 3. klasie szkoły podstawowej zmieniłem profil na „sport”, większość dotychczasowej *przebojowości* szybko przeminęła. Przestałem dostawać nagany, uczyłem się jeszcze lepiej, a na dziecięce rozboje brakowało sił i czasu.

Sport towarzyszył mi długo. Uprawiałem pływanie, kolarstwo górskie, gimnastykę sportową, łyżwiarstwo, wspinaczkę, a w późniejszych latach tułałem się po klubach sportów walki, żeby dzisiaj skończyć na tańcu i rekreacyjnym bieganiu.

Dopiero po długim czasie zrozumiałem jak wielki efekt wywierała na mnie aktywność fizyczna i że była ona głównym czynnikiem utrzymującym mnie w równowadze.

Równia pochyła

Liceum było pierwszym sygnałem ostrzegawczym. Z ucznia o średniej ponad 5.0, stałem się uczniem niespodzianką i ewenementem – w dzienniku z każdego przedmiotu miałem cały wachlarz ocen: od wielokrotnych jedynek, po unikalne w skali całego rocznika szóstki.

Jak więc byłem nazywany? Oczywiście „zdolny, ale leniwy”.

Okazało się wkrótce, że słuchanie na lekcji nie wystarczy i trzeba się trochę pouczyć w domu oraz wykonać tzw. pracę własną. Wypadałoby też odrobić pracę domową wcześniej niż na 15-minutowej przerwie tuż przed lekcją.

Każda luka w materiale, na przykład z powodu choroby, potęgowała problemy. Powoli wpadałem w coraz większą spiralę.

Wszystko robiłem na ostatnią chwilę, bo dopiero wtedy byłem w stanie zacząć cokolwiek robić. Zacząłem poznawać pojęcie „ściany” – dziwnego fenomenu fizycznej blokady przed rozpoczęciem produktywnego działania.

Po kilku latach okaże się, że działanie od kryzysu do kryzysu, choć skuteczne na początku, doprowadzi mnie na samo dno *skutecznego* funkcjonowania, pożerając kilka potencjalnie produktywnych lat.

Za dobry na interwencję, za słaby na pochwały

Byłem więc zawieszony gdzieś pomiędzy.

Utrzymywałem się nad powierzchnią wody, choć powoli zaczynało mi brakować tchu. Co prawda cały czas dostarczałem, ale wyniki nieustannie spadały. I choć rodzice zauważali problem, to ciężko było się czegoś chwycić – byłem przecież całkiem normalny, otwarty na ludzi, nie należałem do żadnej dziwnej subkultury, a większość nauczycieli „złego słowa o mnie powiedzieć nie mogło”.

W chwilach próby zawsze wychodziło na moje. Wtedy jeszcze stres działał niesamowicie mobilizująco – często przyswajałem materiał z ostatniego miesiąca w jedną noc przed sprawdzianem, po czym dostawałem oceny pomiędzy 3 i 5. Na papierze wszyscy byli szczęśliwi, a że uczniem byłym dość cichym i spokojnym, to łatwo było o mnie systemowo zapomnieć.

Teraz już wiem, że moja cisza i spokój były formą kompensacji hiperaktywności. W procesie dojrzewania osoby nadpobudliwe w dzieciństwie bardzo często przenoszą swoją nadpobudliwość do wnętrza. Widzą bowiem, że ich zachowanie jest nieakceptowalne społecznie, szukają więc innych dróg ujścia np. prowadząc nieustanne dialogi w głowie albo bawiąc się scenariuszami różnych sytuacji.

Działa się rzecz dziwna, nie do końca rozumiana zarówno przez nauczycieli, jak i przez rodziców. Co prawda mój poziom zaangażowania był mierny, ale oceny miałem dla systemu całkowicie akceptowalne. Potrafiłem dostać dwóję z matematyki, żeby na kolejnym sprawdzianie dostać szóstkę jako jedyna osoba ze wszystkich klas prowadzonym przez daną nauczycielkę.

Dobre złego początki

Koniec liceum był wielką ulgą. Maturę zdałem bez problemu i bez problemu dostałem się na studia. Nie wiedziałem co wybrać, więc wybrałem kierunek-królowę, matkę wszystkich nauk – filozofię.

Studia były wspaniałe. Przepełnione wolnością, intelektualną swobodą i dorosłym podejściem. Powiew nowości działał na mnie motywująco i pchał do pracy. Pierwszy rok zakończyłem praktycznie bez problemu, z dobrymi ocenami.

Pierwsze problemy

Pojawiła się jednak jedna drzazga, która potem skreśli mnie z listy studentów. Drzazga miała swoje imię – „prace roczne”.

Prace roczne dla wielu nie stanowiły większego problemu. Niczym się de facto nie różniły od rozprawki lub eseju, poza nieco większą objętością. Ja jednak od kiedy pamiętam miałem problemy z dłuższymi formami tekstu.

Gdy chciałem pisać o normalnej porze, jak pan bóg przykazał, nie byłem w stanie skleić ani jednego zdania. Siedziałem i gapiłem się na pustą kartkę papieru lub na migający kursor nowego dokumentu Worda. Byłem wobec pisania na zawołanie całkowicie bezradny.

Jedynym lekarstwem była panika. Dopiero silny stres i strach przed nieoddaniem pracy mobilizował mój mózg do działania. Wtedy nagle w ciągu godziny wypluwałem z siebie strumieniem świadomości gotowy tekst, który potem należało jedynie poddać korekcie.

I zawsze potem zadawałem sobie pytanie: czemu nie mogłem tak od początku?

Otóż nie mogłem. Stawałem przed fizyczną *ścianą* niemocy. Przed wielkim rozdźwiękiem pomiędzy chęcią a działaniem. Dzisiaj takie zjawisko ma modną nazwę: prokrastynacja. Choć brzmi niewinnie i staje się synonimem lenistwa, dla wielu jest obszarem czystej bezsilności.

Drugie problemy

Na studiach byłem dość aktywny i dzięki działalności w stowarzyszeniu dostałem się na staż w firmie konsultingowej. Wszyscy stażyści byli ode mnie o kilka lat starsi, praca wydawała się być zaczątkiem dobrej kariery w poważnej branży.

Sesje brainstormowe szły mi świetnie. Podobno dostarczałem *naprawdę oryginalne* i pchające projekt do przodu idee. Bardzo szybko odnalazłem się w tym środowisku i za działania z doskoku byłem chwalony na forum. Proponowano mi nawet pozostanie po stażu na pełnoprawnym stanowisku.

Ale trzeba było zacząć dowozić. Znów więc siedziałem po nocach, aby nadrabiać czas prokrastynacji, aż w końcu nastąpił ten moment, gdy nie dałem rady. Uciekłem więc stamtąd z poczuciem wstydu.

Dużo pytań, zero odpowiedzi

Sprawa zaczęła być beznadziejna. Co prawda miałem swoje przebłyski, ale równia dalej była pochyła. Zacząłem więc zadawać pytania i szukać odpowiedzi.

W tym czasie upadam na osobisty dołek. Zostałem nauczony trzymać wysokie standardy, tymczasem mam problem z utrzymaniem pracy i powtarzam kolejny raz trzeci rok studiów. Nie jestem w stanie napisać pracy licencjackiej i tchórzliwie uciekam od problemów, mając już spory bagaż negatywnego doświadczenia.

Hello, negative feedback loop, my old friend.

Nie widzę dla siebie wielu perspektyw, świat staje się szary, a ja funkcjonuję tylko dzięki ogromnym ilościom kofeiny, które na dłuższą metę pogarszają mój stan.

Pierwszy oddech

Na pojęcie ADHD trafiam zupełnym przypadkiem, po kilku miesiącach od symbolicznego dołka, czyli gdzieś w momencie poprawiania kolejny raz tego samego roku studiów. W pierwszej chwili całkowicie odrzucam myśl, że mogę mieć ADHD, bo przecież jestem cichy i spokojny, a przy ADHD powinienem być nadpobudliwy i pełen energii.

Zaczynam jednak czytać, trochę z ciekawości, trochę z potrzeby nagłej prokrastynacji.

Ten moment pamiętam jakby się wydarzył wczoraj. Coś kliknęło, a neurony w mojej głowie odpaliły się w jednym momencie tworząc kompletną układankę. Pasowało wszystko – teoria, anegdotyczne dowody i długie wpisy osób z ADHD na reddicie. Po raz pierwszy miałem wrażenie, że zaczynam czuć grunt pod nogami.

Przeczytałem w kilka wieczorów połowę internetu, kilka książek o ADHD i socjopatii (czytając natknąłem się na zdanie, że zaburzenia pracy mózgu przy adhd i socjopatii są do siebie podobne i wydało mi się to bardzo ciekawe), obejrzałem popularne wykłady na youtubie i moje przekonanie zaczęło graniczyć z pewnością.

Wtedy też poznałem pojęcie hyperfocus i wszystko jeszcze bardziej zaczęło do siebie pasować.

Drugi oddech

Wiedząc jak łatwo siebie autozdiagnozować na dowolną chorobę pozostaję sceptyczny.

Stwierdzam jednak, że zrobię eksperyment i zacznę wdrażać w życie to, co osoby z ADHD polecają na poprawę życia.

Wracam więc do ćwiczeń, staram się minimalizować rozproszenia, zaczynam prowadzić dziennik, dbam o higienę snu, systematyzuję poświęcany czas, uczę się medytacji i robię detox od łatwych przyjemności i dopaminowych strzałów.

Zmiana trwa długo i wielokrotnie wracam do punktu wyjścia. Biegam przez dwa tygodnie, żeby nie biegać przez miesiąc. Uczę się siebie odrobinę na nowo i z perspektywy miesięcy zauważam wyraźną poprawę.

W końcu decyduję się na wizytę u psychiatry. Idę na nią zlękniony i zestresowany, przekonany, że się wygłupię. Podświadomie pewnie obawiam się, że moja teoria o adhd okaże się błędna i misternie zbudowana konstrukcja rozsypie się jak domek z kart.

Diagnoza jest jednak klarowna i nie pozostawia wątpliwości. Zostaję nazwany, cytuję: „wysoko funkcjonującą osobą bardzo adhd”.

Trzeci oddech

Od psychiatry wychodzę uzbrojony w solidną wiedzę o neuroprzekaźnikach, liście lektur do zgłębienia oraz z receptą na metylofenidat.

O leczeniu ADHD farmakologicznie spotykałem się bardzo często w źródłach nie-polskich. W polskim Internecie w ogóle o ADHD było ciemno i głucho, więc prawie wszystko co o ADHD wiedziałem pochodziło z książek i forów w języku angielskim.

Pierwsze próby z Medikinetem były absolutnie niesamowite. I nie mówię tutaj o euforiach i przyśpieszeniach, wprost przeciwnie. Metylofenidat oznaczał spokój, ciszę, rozluźnienie, możliwość skupienia i niemalże proste przejście przez „ścianę”.

Świat nabrał kolorytu, bo do ręki dostałem narzędzie, które pomaga mi odzyskać kontrolę.

Nowy rozdział

Stymulanty to nie jest cudowne lekarstwo. One zresztą de facto niczego nie leczą. Pozwalają jednak dokonać rzeczy niesamowicie ważnej – przerwać fatalne sprzężenie zwrotne, z którego bardzo trudno wyjść bez ingerencji z zewnątrz.

Dzisiaj polecałbym wycieczkę do psychiatry każdemu kto podejrzewa się o jakieś mentalne blokady. Nie chodzi nawet o farmakologię, ale o zdiagnozowanie i zrozumienie problemu. Upewnienie się, że mam ADHD, otworzyło mi cały wachlarz możliwości.

Dlaczego o tym piszę

Od autodiagnozy do stanu względnej kontroli minęło dobrych kilkanaście a może nawet kilkadziesiąt miesięcy. To lata lektur, eksperymentowania, wielu sukcesów i porażek, w późniejszym czasie uzupełnianych leczeniem farmakologicznym.

Przez większość tego czasu poruszałem się z opaską na oczach. Niewiele wiedziałem i nie rozumiałem czego mam tak naprawdę szukać. Z drugiej strony nikt i nic nie wyciągało do mnie ręki.

Gdy zaczynałem szukać informacji o tym zaburzeniu w Google, pierwszym wynikiem był wpis na blogu o tytule „ADHD nie istnieje”.

Tropy były widoczne od początku

Z dzisiejszej perspektywy wszystko jest klarowne. W dzieciństwie byłem zdecydowanie nadpobudliwy – wyciszyła mnie dopiero mocna aktywność fizyczna.

Miałem dziesiątki zainteresowań, z czego większość (bardzo) szybko porzucałem. Dzięki temu umiem strzelać z łuku, żeglować, stepować, tańczyć, fotografować, grać na gitarze, wspinać się na własnej asekuracji, pływać na wingsurfingu, wiem jak robić masaż relaksacyjny et cetera, et cetera. Pracowałem na budowie, przy nagłośnieniu i oświetleniu koncertów, w consultingu, jako fotoreporter, potem freelancer, a obecnie prowadzą własną firmę w branży nieruchomości.

Od początków gimnazjum piję kawę – w szczytach po kilka kubków dziennie. Stymulowałem się wszystkim co legalne, nie wiedząc jeszcze, po co tej stymulacji tak naprawdę potrzebuje. Kawa i papierosy to wśród adhd-owców najpopularniejsza forma samoleczenia.

Dziwnym trafem mobilizowało mnie wszystko, co bardziej ekstremalne. Samochodem jeżdżę szybciej niż inni, w żeglarstwie pasjonują mnie morze i trudne warunki, a wspinając się czułem się tym lepiej im wyżej nad ziemią się znajdowałem. Kiedyś zgubiliśmy się lesie po zmroku. Cóż to była za rewelacyjna zabawa!

Pracowałem jako fotoreporter w polityce, manifestacjach i protestach, czyli tam gdzie jest najgoręcej i najwięcej się dzieje.

Moja produktywność często ma kształt sinusoidy – uruchamiam się, gdy wybucha pożar albo nagły nawał pracy, ale usypiam, gdy do zrobienia pozostaje księgowość i papierologia.

Tymczasem mało kto powiedziałby, że coś jest ze mną nie tak albo że mam ADHD. Na co dzień jestem bardzo spokojny. Większość atrakcji rozgrywa się w mojej głowie. Dopiero gdy ktoś widzi mnie za kółkiem, za sterem albo w działaniu, jest zaskoczony, bo czuje się jakby poznawał nową osobę.

Epinefryny

Ideą epinefrynów są notatki do samego siebie. Mam jednak cichą nadzieję, że ktoś z podobnymi problemami będzie miał okazję iść krótszą drogą niż podążałem ja. Może komuś moje przemyślenia zwyczajnie pomogą i zainspirują do działania.

Zdjęcie autorstwa suzukii xingfu z Pexels

Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
trackback

[…] pierwszym wpisie na blogu o mojej historii opowiadałem między innymi o tym, że nie wszystko zależy od „silnej woli”. Każdy z […]